wtorek, 8 sierpnia 2017

Chwilowo

Muszę wyjść z domu, chociaż na zewnątrz
duszno, małe, wredne muszki wpadają
na człowieka, wchodzą  mu do nosa.
Duszno, jak już wspomniałam i  jaskrawo
od słońca; nie mam lasu i rzeki, nawet
strumienia nie mam, ale muszę stąd
wyjść, bo się wścieknę. Jak już wyjdę
wszystko się ułoży, spotkam jakąś drogę
może znak albo kamień, jakieś puste pole
sarny i różne robaki. Żadnego człowieka.
Nie znajduję w ludziach niczego ważnego
ale to mnie chwilowo nie martwi.
Chcę nikogo nie słyszeć, żadnych słów
nie chcę. Tylko odgłosy - szelesty i piski.
Zrobiłam się ostatnio jakaś romantyczna
i zamierzam przeżywać to sama. No to idę.



wtorek, 18 kwietnia 2017

To nic



W mojej głowie przeciek, nie układają się w całość

stare, mało czytelne wątki. Czasem robi się jaśniej

ale właśnie wtedy tracę pamięć na swój temat.

W tym stanie czuję, że mnie ubywa, że zapomnę

kim nigdy nie byłam dla siebie. A mogłam.


Ale to żadna katastrofa, panie doktorze. Jest stan

niepewności, który przyjemnie dręczy, jakaś

czystość we mnie i poza mną. Coś zupełnie nowego.

czwartek, 23 marca 2017

Wszystko możemy

Rozebrało ich na dobre pod tą
smutną ziemią, zrównało w prawach
i uciszyło, bo tutaj bólu już nie ma.

Został z nami, w opuszczonych
domach,  na samotnych ławkach, wszędzie.
W różnych głowach, listach, we krwi.

Wrócił niedawno. Czasem ból powraca
nawet do umarłych. Czy ktoś ich usłyszy?
Kości nie mówią już naszym językiem.

I możemy im zrobić wszystko.

Nic więcej


Poezja nie ma dla mnie czasu. Bierze jakieś
fuchy, łapie zlecenia jak leci, nie odpowiada
na moje listy. Listy są rzeczowe, wcale nie
w histerycznym tonie - przecież ja niczego
nie chcę od wierszy. Może tylko spotkać się
na chwilę, pogadać. Żadna terapia, żadne koło
ratunkowe. Spotkanie koleżeńskie. I tyle.

piątek, 24 lutego 2017

Nie czekaj na mnie. Wanna i lulu.




    Postawię sprawę jasno,  panie Kaszpirowski - to mój Wiktor zapłacił za konsultację. Teraz czeka za drzwiami, więc niech mnie pan rozmieszcza na kanapie i zaczyna te swoje szuruburu. Od razu mówię: widziałam kiedyś w Dynastii czy w jakimś brazylijskim gównie, na czym to polega i nie mam zamiaru udawać nawiedzonej  czy coś w tym guście. To sprawka Wiktora - zażądał kategorycznie mojej przemiany, robię to wyłącznie dla niego. Czemu? Czasem mi się przydaje w życiu, dlatego znoszę jego ziemskość i szaroburość:
- Powinnaś poddać się psychoanalizie myszko, ta zmiana nastrojów mnie przeraża. Jesteś już dużą dziewczynką, a znowu kupujesz mi kolejnego miśka na urodziny. T w ó j  Wiktor cię kocha,  chodź na kolanka, wysmarkamy nosek i wyrzuć w końcu te francowate szelki z Bolkiem i Lolkiem!
I widzi doktor, co ja z nim mam?  Sztywniak z aktówką, jedwabnym krawatem i butami za pięćset. Dlaczego się tak uwziął i mnie chce? Uciekłabym, ale może umarłby z rozpaczy, a ja, powiedzmy, miękka jestem i mogłabym sobie za karę odebrać życie. Może by mnie pan uśpił na godzinkę? W końcu już zapłacone, a ja taka senna coś jestem. Nie, no co pan, to nie to, proszę nie świnić; pisałam w nocy bajkę – taka podziemna bajkopiska ze mnie. Gdyby Wiktor zobaczył moją pisani, miałabym przerąbane. I tak mówi znajomym,  że jestem kobietę s p e c j a l n e j  troski. Nie będzie spania?  Szkoda, a tak liczyłam na zrozumienie. Czy miewam sny?  Jak już zasnę, to pewnie że mam. O, nie, nie -  żadnych takich proszę księdza! Nikomu nie opowiadam swoich snów, szczególnie Wiktorowi. Do niedawna to nawet mu się zwierzałam:
- Wiciu, śniły mi się dwie młode zakonnice. Biegły o świcie brzegiem morza, na bosaka. Śmiały się i machały sandałami. Normalnie Fellini, Wiciu. Ślepy Cygan grał na skrzypcach po węgiersku, a ja tańczyłam w morzu zanurzona po pas. Piękny sen, prawda?
Nic z tego nie zrozumiał, nie poniosło go tam, gdzie mnie. Został na ziemi i się złościł:
- Wiesz mała, nawet  twoje sny są  jakieś c o f n i ę t  e. Dorośnij w końcu,  bo jak nie, to się mocno pogniewam i przestanę cię zabierać do ludzi.
Panie doktorze, powiem, jak umiem najprościej – pierdolę tę nadętą bandę sztywniaków, ich odchudzone, pachnące żony i to bogate, niejadalne żarcie. Też pan lubi bajki? Och, co za życiowy gość, taki mężczyzna to rozumiem! Wiktor zaraz by pana podsumował, że sentymentalny dupek. Niech się pan śmieje ciszej,  m  a  m  y  za drzwiami szpiega! Proszę mu powiedzieć, że jestem  d  o   z  r  o  b  i  e  n  i  a,  tylko to trochę potrwa. Na pewno nie pożałuje kasy na moje dorastanie. Minęła już godzina? Dobrze, kończymy. Ja  się zrobię na trochę zagubioną, może go pan zawołać.
- Wicieńku, moje słońce, ten doktor z początku mi się nie podobał,  pytał o takie dziwne rzeczy, na przykład  - z czym kojarzę mgłę albo czy widzę w nocy zjawy. Przecież w nocy jest ciemno, myślał, że jestem jakaś nienormalna? Ale oczywiście miałeś  rację kochany.  J a k   z  w  y  k  l  e. Już czuję się trochę inna. I wiesz - ile  razy  trzeba będzie tu przyjść, zmuszę się i przyjdę. Dla ciebie przyjdę.
- No widzisz myszko, jaki miałem dobry pomysł!  Teraz zawiozę cię do domu i wracam do biura, dzisiaj znowu narada do północy. Nie czekaj na mnie. Wanna i lulu.


sobota, 31 grudnia 2016

Jako niewinnie zaaresztowana


Jako niewinnie zaaresztowana chyba mam jakieś prawa panie kapitanie! To nic, że sierżant. Tatuś zawsze powtarzał, że w momencie zagrożenie trzeba awansować gliniarzy.
 

Pozwoli obywatelka z nami. Za co? Za czynną napaść na obywatela obcego państwa oraz uszkodzenie ciała i obelżywe wyzwiska w miejscu publicznym. Nie szarp się wściekła babo, wsiadaj!

Ale śmierdzi w tym komisariacie. Czy was nie stać na mydło? Co byście zrobili na moim miejscu. Nic? Ja tę sprawę nagłośnię, żeby dotarło do waszych tępych głów, że mi się order należy, a nie wpychanie do tego zardzewiałego poloneza bez rury wydechowej. No i znajomi widzieli. Naprawdę, to było grube przegięcie.

Niech obywatelka opowiada po kolei,  tu się protokół układa. Zaczynamy: uderzyła siedmiokilowym magnetofonem marki Uher obywatela Dmitriu C. przez co nastąpiła rana cięta. Następnie nogą ubraną w but typu glan kopnęła go w krocze, powodując chwilowe omdlenie poszkodowanego.

Miałam patrzeć jak na mrozie trzydzieści stopni ściąga dziecku skarpetki i buty. żeby więcej wyżebrać? Powiem wam: u mnie nie było myślenia. Ruch ręką i nogą. Jego szczęście że nie miałam przy sobie noża albo karabinu.

 I nie bacząc na ciężki stan, słowami wulgarnymi typu skurwysyn i bydlak, ubliżała aż do przyjazdu organów ścigania. Przekleństwa padły także w naszą stronę oraz nastąpił opór i podrapanie kierowcy, a potem skierowała słowo ty baranie bez jaj na młodszego aspiranta Waldemara Kruka.


Czemu ten chudy gliniarz zagląda do mojego plecaka? To rzeczy osobiste!  Jakie świstki?  To są wiersze, zabieraj pan te łapy! Mam mówić co to jest otchłań rozpaczy? No ja się na przykład w czymś takim pogrążam jak widzę te byki w protokole: podejżana żócała się. No ja pierdolę. Coś się pan przyssał do mojego notesu? Żądza to żądza, jak to nie rozumiecie? Zresztą wiadomo - wy na baczność tylko przed szefem, a w łóżku spocznij. Dobra, poprawcie byki, to podpiszę, muszę lecieć, robota czeka. Jaka? Uczciwa.

Niech obywatelka podpisuje i idzie bo już mam nerwy. Poetka, co bije ludzi! Ciekawe czy ta Eliza Konopnicka też była sadystką?
 

 No była, była, ty tumanie, bo Jaś nie doczekał. Spokojnie, chyba się pan przesłyszał. O, już podpisałam, urywam się stąd, wolę z wolnej stopy odpowiadać. nie mam zamiaru przesiąknąć tym smrodem, no i te wasze inteligentne buźki. Adieu kodżaki.

sobota, 24 grudnia 2016

Pani da



   - Nie można cię spuścić z oczu. Twoje mieszkanie przypomina wysypisko śmieci! Kiedy w końcu zaczniesz żyć jak człowiek? Czasem nie chce mi się wierzyć, że jesteś moim synem. Twój  brat potrafił się urządzić! Ty, owszem, jesteś inżynierem, ale psu na budę taki inżynier, zamiast na budowach zarabiać miliony, jest zwykłym urzędasem. Mogłeś zostać w Iraku, na platformie, a nie w Polsce zaśmiecać swoje życie. Nieudacznik bez żadnych ambicji. Jesteś moim największym rozczarowaniem, ale ja to zmienię, muszę coś z tym zrobić, zanim umrę.
- Tato, mam czterdzieści cztery lata i żyję tak, jak chcę. Ja się nie wtrącam do twoich spraw, daj mi w końcu spokój.
- Nie bądź bezczelny! Myślisz, że pozwolę, żeby mój syn mieszkał jak śmieciarz? Nawet nie ma na czym usiąść, wszędzie graty i pudła. Nie masz na co wydawać pieniędzy?
- To są moje pieniądze!
- Nie podnoś głosu, tylko bierz się za kuchnię, bo aż w pokoju śmierdzi resztkami. I pamiętaj, od dzisiaj będziesz mnie widział codziennie. Koniec z tym burdelem. Trzy pokoje to stanowczo za dużo dla jednego człowieka, zwłaszcza takiego brudasa jak ty.
- To jest moje mieszkanie, mój brud i moje śmieci. Lepiej byś poszedł na cmentarz do mamy, bo nie pamiętam, kiedy ostatni raz tam byłeś.
- Codziennie chodzę!
- To ja chodzę codziennie, a ciebie nikt tam nie widział od roku. Ale to zrozumiałe - nie masz dla niej czasu także po śmierci, bo musisz mnie nachodzić i wtrącać się we wszystko.
- Ja tu jeszcze wrócę. Nie myśl, że się mnie pozbędziesz. Boże, jaki syf!
   Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Nie chciałam przysłuchiwać się tej kłótni, ale stałam na balkonie, a okno sąsiada było otwarte, słyszałam wyraźnie każde słowo. Mieszkałam tutaj od niedawna i zajęta urządzaniem się – nie miałam czasu poznać sąsiadów z mojej klatki. Rzadko widywałam kogoś na korytarzu czy na balkonach, które mieliśmy obok. Upalne lato, a balkony były puste, bezludne, bez żadnych oznak życia - ani kwiatka, stolika czy suszarki na bieliznę. I cisza. Nie słyszałam rozmów, muzyki, nie czułam zapachów. Aż do dzisiaj. Szkoda, że rozmowa u sąsiada była raczej kłótnią. Pomyślałam, że nie jestem jednak aż taką szczęściarą, która kupiła sobie wymarzone mieszkanie w pięknym miejscu, nowoczesnym czteropiętrowym bloku, gdzie będzie spokój i cisza. Jeśli ten despotyczny stary człowiek ma zamiar nachodzić - jak obiecał - syna, to ze spokoju nici.
Na szczęście przez następne dni było cicho. Któregoś dnia  postanowiłam w końcu zrobić  porządny obiad. Najpierw jednak czekały na mnie worki pełne śmieci. Wstawiłam tylko rondel z mięsem na kuchenkę i poszłam do kontenera.
- Mogę zajrzeć  do tych worków?
Wysoki i bardzo szczupły mężczyzna stał obok kontenera i  patrzył na mnie  prosząco.
- To tylko śmieci, nic ciekawego tam nie ma. Jeśli czasem pozbywam się ubrań czy innych drobiazgów, ustawiam je osobno przy śmietniku.
- Na pewno jest coś, co mi się spodoba – mężczyzna nie ustępował.  Ludzie wyrzucają czasem dobre rzeczy. Pani da,  ja sobie te worki sprawdzę, nic więcej. No to jak?
Mimowolnie zaczęłam sobie przypominać, co zapakowałam do wyrzucenia i poczułam się dziwnie  na myśl, że może w workach są rzeczy, których nie chciałam nikomu pokazywać.
- Tam są tylko jakieś resztki – skłamałam– nie segreguję śmieci, może się pan ubrudzić.
- Jestem przygotowany!
Co za uparciuch, pomyślałam, patrząc jak wyjmuje z kieszeni białe chirurgiczne rękawiczki.  Trudno go będzie zniechęcić. Spoglądał zachłannie na pękate worki, zaczynał mnie złościć.
- Mówię panu, że tam nie ma nic, co się może przydać. Ani panu, ani komukolwiek - podniosłam klapę i wrzuciłam worki do kontenera.
- Wcale pani nie wierzę – odpowiedział zrezygnowanym głosem.
- Guzik mnie to obchodzi – odburknęłam i poszłam do domu.
  W przedpokoju poczułam zapach spalenizny. Wpadłam  do zadymionej kuchni i zdjęłam z kuchenki rondel z przypalonym mięsem. Szlag trafił mój pierwszy w tym tygodniu obiad.  Zrezygnowana i zła, zamówiłam przez telefon pizzę. Nagle usłyszałam na korytarzu krzyk. Po kilku miesiącach nareszcie jakaś oznaka życia. Po chwili ktoś zaczął walić w drzwi obok:
- Otwórz natychmiast, wiem, że tam jesteś! Mnie nie oszukasz, widziałem, jak wchodziłeś do bloku! Otwieraj, bo wyważę drzwi, słyszysz?!
Wyszłam na korytarz. Starszy, tęgi mężczyzna walił pięścią w drzwi mojego sąsiada. Był wściekły.
- Co się gapisz? – rzucił na mój widok – nie interesuj się nie swoimi sprawami!
- To już jest moja sprawa, proszę pana, bo zakłócił pan mój spokój i myślę, że sąsiadów też.
- Jeszcze nie ma ciszy nocnej, mogę hałasować, ile mi się podoba! – wrzasnął.
-  Dobija się pan do cudzego mieszkania, w którym nikogo nie ma. Proszę nie krzyczeć, bo zadzwonię na policję.
- To jest mieszkanie mojego syna,  mam prawo do niego wejść!
- Nie ma pan prawa wchodzić do jego mieszkania, jeśli on tego nie chce. Lepiej niech pan idzie stąd, bo będą kłopoty.
Przestał walić w drzwi i spojrzał na mnie z niechęcią:
- Jeszcze tu wrócę!
- Co za ohydny dziad! – z mieszkania naprzeciwko wyszła młoda kobieta – zna go pani?
- Skądże, widzę go po raz pierwszy.
Nie zdążyłyśmy dokończyć rozmowy, bo otworzyła się winda, przywieziono mi pizzę. Jedząc,  myślałam o sąsiedzie zza ściany.  Czy rzeczywiście był w domu.  Jeśli tak, musiał wszystko słyszeć. Od następnego dnia codziennie wychodziłam na balkon, ale nie miałam szczęścia. W sobotę wróciłam do domu po dwudziestej. Na korytarzu zaczepiła mnie sąsiadka z naprzeciwka:
- Dzień dobry – była zdenerwowana – Ten staruch znowu dobijał się do syna. Na szczęście wrócił mąż, prawie siłą wsadził go do windy. Co to za historia z tym synem? Może wyjechał?
- Może – odpowiedziałam wymijająco.
Położyłam się dzisiaj wcześniej, byłam zaziębiona i chciałam przespać chorobę.
Ze snu wyrwał mnie płacz. Zapaliłam lampkę, była trzecia. Płacz dobiegał zza ściany. Cichy, przejmujący. To płakał mój sąsiad. Nie mogłam go tak zostawić. Wyszłam na balkon i zapukałam w okno. Przestał płakać, ale nie wyszedł.
- Proszę wyjść na balkon.  Wiem, dlaczego pan płacze, poznałam pańskiego ojca.
- Nie chcę o nim rozmawiać – odpowiedział cicho.
- Nie musimy o nim rozmawiać.
- Nie wyjdę, przepraszam, że panią obudziłem.
- Niech pan przeskoczy na mój balkon, drzwi będą otwarte. Zrobię herbatę.
Poszłam do kuchni i włączyłam czajnik. Zjawił się po pięciu minutach.
- To pan?
Przede mną stał mężczyzna, którego spotkałam przy śmietniku kilka tygodni temu.
- Lepiej pójdę – był zawstydzony – proszę mi wybaczyć.
- Nigdzie pan nie pójdzie.
Siadł przy stole, przysunął do siebie kubek.
- Mam na imię Leszek.
- Marta. Chciałabym dodać, że miło mi, ale nie mogę. Nie musi pan opowiadać o kłopotach z ojcem, to nie moja sprawa, ale chcę zrozumieć, co pana zmusza do grzebania w śmietnikach? Ma pan pracę, wykształcenie, własne mieszkanie. To się nie trzyma kupy.
 Nic nie odpowiedział, pił herbatę i wzdychał. Nie będę nalegać, poczekam. W końcu podniósł głowę.
- Nienawidzę sterylnej czystości – zaczął - pustych pomieszczeń, błyszczących mebli, nieskazitelnie wymytych okien.
- Może powinien pan pójść do lekarza?
- Nie jestem chory, jestem wreszcie wolny albo raczej uwolniony, ale pani tego nie zrozumie.
- Niech mi pan w tym pomoże.
- Naprawdę chce pani posłuchać? To nie jest nic miłego.
- Miłe rzeczy mnie nie interesują.
Milczał jeszcze przez chwilę, wreszcie zaczął mówić:
- Mieszkaliśmy w dużym domu. Rodzice, brat i ja. Ojciec był architektem, mama nauczycielką, ale zwolniła się po urodzeniu pierwszego dziecka i ojciec nigdy nie pozwolił jej wrócić do pracy. Był opętany na punkcie czystości. Na widok brudnego widelca  wpadał w furię. Kilka razy w tygodniu robił przegląd rzeczy i wciąż coś wyrzucał. Wystarczyła drobna rysa na kubku, mała plamka na obrusie czy lekko wytarty czubek całkiem dobrego buta. Mimo sprzeciwów mamy, pakował te, według niego zniszczone rzeczy i wynosił do śmietnika. Terroryzował nas wszystkich. Codzienne kontrole w pokojach, we wszystkich pomieszczeniach tego wielkiego domu. Mama, odkąd pamiętam, wciąż była przerażona; kiedy ojciec wracał po pracy, zaczynała się trząść. Nigdy się nie zdarzyło, żeby siedziała w jednym miejscu dłużej, niż kilka minut. Ciągle w ruchu, ciągle sprzątała, gotowała, prała, prasowała. Kiedy wydawało się, że wszędzie jest czysto, sprawdzała samą siebie i od nowa zaczynała sprzątać, poprawiać, wygładzać.  Niepotrzebnie. Ojciec zawsze znalazł jakiś włos, jakiś paproch, zagięcie w wyprasowanej koszuli. Za każdym razem  robił awanturę i wyzywał mamę od brudasów. Nigdy się nie uśmiechała w jego obecności. Przez wiele lat, jeszcze mali, myśleliśmy, że tak jest we wszystkich domach, że wszystkie kobiety mają takich mężów jak mój ojciec i że muszą od rana do wieczora sprzątać i słuchać rozkazów. Kiedy zaczęliśmy dorastać i dostrzegać, że mama jest ofiarą tyrana, a właściwie chorego człowieka, zaczęliśmy protestować, ale to pogorszyło tylko sytuację. Ojciec podejrzewał, że mama musiała się nam poskarżyć. Pobił ją w naszej obecności któregoś dnia, potem wyjął z szafy wszystkie rzeczy, czyste, wyprane i wyprasowane, zapakował do kosza na bieliznę, wyniósł na ogród i wyrzucił na mokry, zabłocony podjazd. Kazał mamie to wyprać od nowa. Dał jej na to jeden dzień – na pranie, suszenie i prasowanie. Chcieliśmy pomóc, ale nie pozwolił. Pracowała całą noc. Rano wyprane rzeczy dosychały na sznurach w ogrodzie. Późno w nocy mama skończyła prasować ostatni obrus. Do dzisiaj nie zapomnę jej spojrzenia, kiedy wychodziłem następnego dnia do szkoły. Nigdy sobie nie wybaczę, że nie zostałem wtedy w domu. Powinienem wyczytać w jej oczach pożegnanie. To, co zastałem po powrocie do domu, wciąż widzę, każdego dnia, od dwudziestu siedmiu lat. Karetka, radiowóz, kilku milicjantów i sanitariusze wynoszący na noszach martwą mamę. Kiedy wyprawiła nas do szkoły, odkręciła wszystkie kurki w kuchence. W taki sposób postanowiła uciec z więzienia. Ja nie mam tyle odwagi, wybrałem inną wolność.  Grzebię w tych śmieciach od lat, bo wydaje mi się, że może znajdę kiedyś coś, co z naszego domu wyrzucił ojciec. I robię wszystko, czego on nie chce, czego nienawidzi. Ojciec przestał mieć do mnie jakiekolwiek prawo. To mnie trzyma przy życiu.