sobota, 21 listopada 2015

Zygmunt Żeligowski - Chodzi o smalec ("Gniazdozbiór")





Chodzi o smalec

Kobieta i prozę pisze. No to trochę niby strach zanim się czytać to zacznie, bo - pomijając chlubne wyjątki z wysokiej półki - nader w dziale „proza kobieca” straszą książki napisane:
- Matki Polki cycem umaczanym w stolnicy oprószonej mąką, by się ciasto na pierogi nie lepiło deski;
- cudzym fiutem waląc w klawiaturę; lub vice versa, zależy;
- półmetrowym tipsem z porywu serca rozmazującym po akapitach sushi;
- waginą, co w nią flaga zatknięta (np.) biało-czerwona przepasana ewentualnie tęczową szarfą. Kataklizmu w sumie nie ma, niby nic takiego, a jakoś nie cieszy. Strach.
            Szychowiak - ulga ogromna - pisze zupełnie inaczej: jakby smalcem po pajdzie chleba. Po takiej z wykopalisk, z czasów, które w swojej książce autorka wspomina – z chleba pieczonego unplugged, po ludzku. I dlatego kromisko takie bosko chrupiące jest, grubawe z miąższem nieco zbitym przy skórce, dalej miękkim z konkretnymi dziurami. I posmarowane to smalcem. Takim bez piarowskiej  naklejki, że on niby Babuni, Dziadunia, Szwagra siostry brata matki, albo jeszcze kogoś podstawionego przez dział marketingu. A tak naprawdę - to przecież jakieś kopyta zmielone czy inne badziewie a tłuszcz diabli wiedzą jakiej proweniencji. Szychowiak pisze smalcem własnej domowej produkcji: raz z przesmażoną cebulką, drobno pokrojoną, raz ze skwarkami, innym razem z jabłkiem w kosteczkę.
Temperaturę smalec ma w sam raz - nie ciepłe to kluchy ale też i nie wyjęła go autorka przed minutą z lodówki. Swoje w ciepłym odstał i teraz w sam raz jest dla smakosza. Smaruje nim Szychowiak akapit za akapitem, stronę za stroną. Ani nie na łaciato, szczędząc jak sknera, ani wcale nie równiutko - to w końcu nie mazanie po ceracie dżemem, a uczciwa pajda i smalec z cymesami. I jakby go nożem w jędrno-sprężysty miąższ nie wduszać, to co rusz frapująco sterczy grudka. Grudka Czegoś. Czegoś, czego nie sposób ominąć, co podczas lektury chrupie jak cholera i podobnie smakuje. Zupełnie tak, jak w czasach – patrz Gniazdozbiór – kiedy rodzice nas gnali do spożywczaka po to głównie, by włosy rwać z głowy, bo chlebek - i owszem - docierał na miejsce, ale pod postacią trójcy: obawiającego się lania bachora, lekko obeschniętego miąższu w przestępczej dłoni, oraz delicyjnej skórki poddanej już procesowi obróbki w nieletnich jelitach.
Gniazdozbiór” – nie boję się tego słowa - zeżarłem zgryzając co kęs-akapit a to skwarek nieciągniętego za zajady humoru, a to memlając słodko-gorzką cebulkę mini portrecików bohaterów tej prozy (nawet tych z tła – Dzielnicowy, choćby). Gorzko-słodkie jabłko poczułem chyba najpierw w „Ciężarze” a przede wszystkim w „Karolu”, którego musiałem od razu przeczytać ponownie, zanim pogryzłem kolejne partie tej książki. Podobnego smaku jabłko też (prócz skwarków) zmieliłem zębami, pestkami popluwając w garść gdy czytałem „To nie ten las, babciu”. Kilkakroć się zastanawiając, czy to pestkami popluwam czy jednak perełkami.
Zbioru” smalec też tłuściutki w smaczki lecz z przewagą jabłka, winnego. Kwaskowego. Reneta? Często tu cierpkawo, jak lubię najbardziej. Żreć się tego nie da. Trzeba – powolutku się delektować. W „Zbiorze” pajdy równie chrupiące, zupełnie jak te z Gniazdozbioru - czasem nawet się i „dziki” skwarek się zaplącze (boski „Manio”). Ale głównie tu jest renetowo ale papierówkę czuć - kwaśną jak pysk źle opłacanego herolda dobrych newsów. Innawa z czasem („Droga panno”) ta papierówka niż dotąd, bo takaż i narratorka: nie gówniara jak wcześniej, a zapadalna na dojrzałość z wszelkimi jej imponderabiliami. Niby dojrzałe jabłko a kwaśne wciąż. Zupełnie nie przejrzałe, nie papierowe („Aniołku”!!!).
Zakręcając okładki słoika po skończonej konsumpcji pragnę uprzejmie donieść, że obsmarowuje autorka tym swoim smalcem środowiska z gatunku „mocno ryzykownych”. W takich razach granica nader cienka pomiędzy obsmarowaniem z głową a mieleniem andronów podług panującej u nas mody: „Jak sobie mały Kazio wyobraża życie na wsi/w familoku/na blokowisku/w meliniarskiej dzielnicy” [niepotrzebne skreślić]. Powstaje wciąż przez to masa literackich „pańsko-ćwierćinteligenckich” karykatur. Głupich do bólu, bo nieświadomie spreparowanych. Duża to ulga, że Szychowiak z tym problemu nie ma. Ona się ze swoimi bohaterami nie cyndoli (znów „Manio”), ale też i ich „chłopomańsko” nie pieści („Kuwa”). Podobnie, kuwa, nie natrząsa się z nich „między nami inteligentami”. Szychowiak swoich bohaterów nie ocenia a po prostu podgląda. W najlepszym rozumieniu tego słowa. Ona ich po prostu widzi i jeśli tylko jest co w nich dostrzec, to w nich to dostrzega, choć oni sami byliby zdziwieni, że to coś w nich gdzieś tam jest. Szychowiak natomiast nieznane niejednemu prozaikowi „ucho i oko na temat” posiada w stopniu zmuszającym do gorącej zazdrości. Nie tylko tego, że to ma, ale że nie marnuje i nie rozmienia na drobne. A do tego prozę napisała prozą, a nie przetłumaczyła na prozę poezji. A tu chodzi po prostu o smalec. Tylko i aż tyle. Proszę się częstować!



 Zygmunt Żeligowski


niedziela, 8 listopada 2015

Karol Maliszewski - Znikąd i stąd ("Gustaw znikąd")

   Wiersze Mirki Szychowiak bronią się same, tym słowom żadne posłowia nie są potrzebne. Jestem tu tylko na chwilę, wiersze zostaną na dłużej. Dopisuję coś do opowiedzianej historii, coś, co przyschnie i szybko odpadnie. Mam niewiele czasu, niewiele miejsca. Śpieszę więc, żeby donieść, że toczy się bój między poezją dla specjalistów i tą pozostałą, nazwijmy ją na użytek tego niemiejsca i nieczasu – empatyczną. Pisania hermetycznych wierszy można się szybko nauczyć, zaś z pisaniem wiarygodnie empatycznych kłopot zdecydowanie większy. Trzeba się z czymś tam urodzić, coś trzeba mieć w kruchej strukturze psychicznej, rodzaju unerwienia i tak dalej. 
 Za tego typu wierszami się tęskni, czeka na nie, w ich towarzystwie swobodniej się oddycha, beztrosko się przy tym przyznając do swej uczuciowej natury.  „Język w tych wierszach oddaje to, co pomyśli głowa, i to, co poczuje serce” – pisał Bohdan Zadura w posłowiu do tomiku „Proszę nie płakać”. I trafił w istotę splątanego związku racjonalności z empatycznością, formy z uczuciem – mocno udzielającym się odbiorcy, wiodącym w tym dochodzeniu do chwilowej prawdy tekstu i zasad stwarzanego przezeń świata. Tu najpierw trzeba się dać ponieść fali, a potem rozglądać za tratwą.
   Podczas czytania nie chciało mi wyjść z głowy wspomnienie „Gucia zaczarowanego” w wersji przypomnianej przez Czesława Miłosza. Gdybyśmy jednak wrócili do oryginału Zofii Urbanowskiej, dojrzelibyśmy pewne podobieństwa w przedstawieniu zmagania natury z kulturą, wyrzuceniu Gustawa poza nawias znanego mu świata, w próbie odnalezienia się w nowym życiu, w opisie trudów powrotu do tego, co macierzyste i źródłowe. Obie wyprawy potraktować można jako metafory egzystencji, która staje się zrozumiała dopiero z drugiej strony, po jakimś wstrząsającym, formującym doświadczeniu „wyrzucenia z życia”.
   Gustaw to imię obciążone romantycznym stygmatem, a więc na skojarzenia rodem z literatury dziecięcej nakładają się kajdany wzięte z określonego rekwizytorium. Tutaj o żadnych kajdanach nie ma mowy. Tutaj fruwa się razem z lekką, balladową frazą. Jednak ślady w głębokiej pamięci pozostają: bór, północ, bagno, „pokutująca dusza” szukająca przyporządkowania, jakiejś swej zagubionej części. Szychowiakowy Gustaw nie ma niczego wspólnego z bladym upiorem, to okaz naturalnego zdrowia, niedźwiedź w swoim leśnym królestwie; lecz dusza jego wciąż szuka, woła o dopełnienie czy wyjaśnienie. To wątek niemal baśniowy – zamienienia w kogoś innego i szukania przez całe życie odpowiedzi na pytanie, kim się naprawdę jest i co było wcześniej od tego, co się pamięta. A coś było niewątpliwie, ustanawiając zasady tego jedynego, konkretnego, „mojego” istnienia. To po co ktoś te zasady zmieniał? Właśnie od tej kwestii zazwyczaj zaczyna się trudna lektura losu, nauka życia. Od tego też zaczyna się edukacja Gustawa, jego mozolny powrót do człowieczeństwa.
  To ciekawe, że tyle tu spotyka się tropów. Literatura dziecięca, ludowa, romantyczna i jeszcze młodzieżowa. W obrazkach zagospodarowywania leśnego labiryntu, w tym antropomorfizującym krzątactwie dostrzegamy nieśmiertelny archetyp osadnika, trapera, Robinsona Kruzoe buszującego w przestrzeni między tym, co jeszcze dzikie, a tym, co już oswojone. Do pełni szczęścia brakuje mu tylko ludzkiego głosu. I staje się – ten przeczuwany inny świat, ze swymi zapachami, kształtami i rytuałami, nagle pojawia się przed nim w niepozornej osobie Janinki. Oto i jest paradoksalny Piętaszek, przychodzący po to, by ucywilizować swego „pana”. Piętaszek, czyli osoba, która z narzędzia życia staje się celem życia, koniecznym dopełnieniem istnienia.
   I tak sobie myślę, że spośród wielu skojarzeń (mitologicznych, baśniowych, balladowych, romantycznych, podróżniczych itd.), które nasuwają się w rytmie elegancko skrojonego przez autorkę wiersza, jedno jest najważniejsze. Gustaw tak naprawdę nie jest znikąd. Owszem, jest z głębin tradycji, z tych wspomnianych wcześniej dalekich ech. Ale jeszcze bardziej z naszych intymnych rojeń o obcym, o odkryciu go i oswojeniu, czyli zmierzeniu się z odkryciem i wchłonięciem przez własną tożsamość. Wspomnienie, fantazmat, baśniowo-oniryczny dokument, prawdziwa historia dzikiego dziecka żyjącego w puszczy – etykietka nie ma żadnego znaczenia, gdyż rzecz dotyczy czegoś głębszego: gotowości na przyjęcie, nie na odrzucenie. I tego trzeba uczyć się od kobiet. To między innymi miał na myśli Roman Kaźmierski, pisząc w przedmowie do „Człap story”: „Za najważniejszą cechę tego pisania uważam swoistą życzliwość – empatię w stosunku do tego, co uznaje się powszechnie za marginesy rzeczywistości, zdolność do pochylania się, nasłuchiwania i dostrzegania nawet tego, co małe, błahe, brzydsze”. I do tego nawiązywał już przywoływany Bohdan Zadura: „Mirka Szychowiak dogaduje się w swoich wierszach ze światem. Ma wobec niego tyle czułości, ile trzeba, by nie popaść w sentymentalizm, tyle dystansu, ile wystarcza, aby okazać mu coś więcej niż wyrozumiałość”.
 Na koniec „przepowiadam” sobie to, co we mnie zostanie z tego poematu na dłużej. Wykładam  w następujących słowach... Stawanie się (kimś, kim chciałoby się być) możliwe jest dopiero w miłości, w cieple bijącym od tego niespodziewanego innego, który przyszedł, zaskoczył, wchłonął. I tak oto jesteśmy już razem, nie do pomyślenia inaczej. Razem wobec i razem w sobie. Ten, który był zawsze znikąd, teraz mówi, wskazując na siebie w związku, że „jest stąd”. Z tego, co odnalazł w sobie i z tego, co było zawsze, czekając na niego. Znalazł swoje miejsce, miejsce go znalazło. Ludzie dopowiedzieli  resztę. A Mirka zapisała w porywie, natchnieniu. O tym jest ta książka.

Karol Maliszewski     

wtorek, 27 października 2015

Jacek Filipowicz - Gustaw Znikąd

Dotarł dziś do mnie tomik Mirki Szychowiak. Prezent tyleż niespodziewany, co... no właśnie. Siadłem wieczorem, wyłączyłem przeszkadzajki i kota z nadzieją, że uda mi się przeczytać kilka wierszy. Bo wiecie, poezja męczy. Męczy formą, kondensatem treści, czasem hermetyzmem, a czasem zwyczajnie mieli po raz kolejny znane idee i słowa - nużąc.
Kiedy przewróciłem ostatnią stronę, miałem do niej straszny żal, że ostatnia. Mirka zafundowała mi poruszającą i wzruszającą balladę w odcinkach. Balladę o Gustawie. Jeszcze nie do końca poukładałem sobie o czym poza Gustawem jest ta ballada. Jeszcze nie do końca ułożyłem sobie skąd jest Gustaw, choć trochę już tak. Mirki prezent choć piękny, jest niepokojący.
Mirki wiersze o Gustawie nie należą do tej poezji, która męczy bułę. Nie trzeba ich interpretować, jeśli nie ma się ochoty. Tworzą zwartą i zrozumiałą opowieść. Taką, która zostaje na dłużej. Moje rozterki wynikają raczej stąd, że próbuję syntezować tomik jako całość.
Wrócę dziś do domu i wieczorem przeczytam jeszcze raz. A później raz jeszcze, bo jest kilka rzeczy, które muszę sobie z Gustawem wyjaśnić. Jest kilka rzeczy, o których Mirka po prostu nie pisze i które sam sobie muszę wyjaśnić. A wszystkich tych, którzy należą do ginącego gatunku stworzeń czytających, serdecznie namawiam. Nie trzeba do tomiku Mirki znać się na poezji. Nie trzeba poezji nawet lubić. I wiecie co? Na teraz nie przychodzi mi do głowy żadna lepsza rekomendacja.
Część opowieści o Gustawie znajdziecie w Sieci. Ale książki pachną, a monitor nie. Książka od Mirki pachnie lasem i skrajem lasu. W książce Mirki znajdziecie dobre ilustracje i Karola Maliszewskiego w posłowiu piszącego o poezji empatycznej i wielu innych ciekawych sprawach. "Gustaw znikąd" jest nie z tego świata. Miroslawa Szychowiak jest poetką, która potrafi pisać o człowieku dla człowieka. Jak ja się za takim pisaniem stęskniłem...

BALLADA POETYCKA - Leszek Żuliński

Mirka Szychowiak wydała swój debiutancki tomik pt. Człap story w 2005 roku i to u mało znanego wydawcy, jakim jest Strzeliński Ośrodek Kultury. A jednak niemal od razu została zauważona. To może się zdarzyć tylko poezji nieszablonowej. Najnowszy tomik nosi tytuł Gustaw znikąd i jest dopiero czwartym zbiorem tej poetki. Myślę, że po raz kolejny mamy do czynienia z wydarzeniem poetyckim.
Gustaw to w literaturze polskiej ważne imię. Ale nie tym tropem idą te wiersze. Ten Gustaw przypomina mi raczej samotnika Robinsona z bezludnej wyspy. Mieszka niczym pustelnik w lesie, rozmawia z drzewami, czasami tylko dochodzi go dźwięk dzwonu z oddalonej wsi. Stamtąd też pojawiła się siwowłosa Janinka. Druga ważna postać – po sowie, której Gustaw nastawił zwichnięte skrzydło. Zadrapała go pazurem, ale szybko się z lekka oswoiła. Osowiała – oswojona. A Gustaw buduje dla siebie – dla nich dwojga? – szałas na drzewie. Nie będzie już sam? No właśnie ta Janinka… Wypatruje jej, wyczekuje… Czy zawsze byłem niczyj? – pyta sam siebie. Chyba nie wie jeszcze, że kiełkuje miłość…
Zamglone, nostalgiczne wspomnienia domu powracają nieustannie do pamięci. Usłyszał nawet po latach głos matki: Patrz ojciec, znowu nasz Gustaw uciekł do lasu – kiedyś nam się zgubi. No i się zgubił. A teraz znalazł na sosnowej gałęzi torbę z szalikiem, czapką i słoikiem malin. Janinka? Jasne, że Janinka… A potem, gdy on zażera się tymi malinami, ona prycha: Tak się upaćkać! Ale idzie zima… Janinka proponuje Gustawowi, by zamieszkał w jej chacie, choć oboje wiedzą, że tak się nie stanie. Bo jego dom jest w lesie. Tam jego Macondo. Tam też mierzwą porasta stary cmentarz, niemal już niewidoczny, z którym Gustaw ma swoje osobne rozmowy. Janinka psuje ten ład, bo koniecznie chce Gustawa na uczyć pisać i czytać… Jestem inny niż na tej kartce – krzyczy… Ale na nic ten bunt. Janinka cywilizuje Robinsona – goli go, strzyże, na ludzi chce wyprowadzić.
Pewnego dnia Janinka przywozi do tej dżungli matkę Gustawa. Obie wiozą lęk na ramieniu: czy to ona, czy to on? I jak zareaguje Gustaw? Ale matka i syn po chwili wiedzą, że się spotkali, że się odnaleźli. Zamglone obrazy sprzed lat powracają do dawnej ostrości. Na tym tomik się kończy.
Łopatologicznie opowiedziałem ten tomik i niemal tak, jak opowiada się prozę. Bo równie dobrze z tych wątków można by utkać fabułę, zrobić powieść. Tylko po co, skoro język poezji nie powiedział mniej niż by to powieść zrobiła?
Podziwiam Mirkę za tę fabułę, która snuje się po leśnej ściółce, po chaszczach życia i zbiera z nich liryczno-metafizyczną rosę. Wyjątkowo konsekwentny zbiór, precyzyjnie wymyślony i utkany. Pogrążony w aurze tajemnicy, która niby odludka leśnego stawia za egzystencjalnym murem, nieco leśmianowskim. Czułość tej opowieści jest tajemnicza i wzruszająca. I opowiada o pięknych ludziach jakby nie z tego świata, który na co dzień widzicie w sobie, na ulicy i w telewizji. Tu czas poniekąd zatrzymał się na bezludnej wyspie, na której los, przeznaczenie, tajemnica tworzą swój osobliwy skansen. Co ciekawe: ten tomik nie sytuuje się w żadnej ze znanych nam dykcji. Bo nie mógł. Bo jego „fabularność” i aura rozpadłyby się w proch, gdyby spotkały się z nowomową.
Dodać jednak muszę, że w te klimaty wstrzelił się cudnie swoimi fotografiami Rafał Babczyński. Ballada została dopełniona!
Kończę powoli tę niby-recenzję, bo więcej nie trzeba. Tomik zamyka komentarz Karola Maliszewskiego, zaczynający się tak: Wiersze Mirki Szychowiak bronią się same, tym słowom żadne posłowia nie są potrzebne. Mimo, że może niepotrzebne, to jednak tym razem – jak zwykle u Maliszewskiego – znakomite i mądre. Sytuujące wiersze Szychowiak w szerszej perspektywie. Na początku tego posłowia istotne zdanie: Śpieszę więc, żeby donieść, że toczy się bój między poezją dla specjalistów i tą pozostałą, nazwijmy ją na użytek tego niemiejsca i nieczasu – empatyczną.
I zdanie kolejne Karola: Gustaw tak naprawdę nie jest znikąd. Owszem, jest z głębin tradycji, z tych wspomnianych wcześniej dalekich ech. Ale jeszcze bardziej z naszych intymnych rojeń o obcym, o odkryciu go i oswojeniu, czyli zmierzeniu się z odkryciem i wchłonięciem przez własną tożsamość. Wspomnienie, fantazmat, baśniowo-oniryczny dokument, prawdziwa historia dzikiego dziecka żyjącego w puszczy – etykieta nie ma żadnego znaczenia, gdyż rzecz dotyczy czegoś głębszego: gotowości na przyjęcie, nie na odrzucenie.
Przepraszam za niefachowy język, ale na koniec muszę tylko westchnąć: ach, cóż to za piękny, mądry tomik!
Mirka Szychowiak „Gustaw znikąd”, Zaułek Wydawniczy POMYŁKA, Szczecin 2015, str. 62
Leszek Żuliński

środa, 23 września 2015

Ryszard Będkowski - Pustostan

 (Jeszcze się tu pokręcę)

    
     Tytuł sugeruje aby najnowszy tomik wierszy Mirki Szychowiak potraktować jak testament i poetycką instrukcję dla zebranych nad…, ot tak na wszelki wypadek. Poetka postanawia rozprawić się lirycznie ze sobą - człowiekiem, matką, poetką, żoną, obywatelką i tymczasową użytkowniczką tego świata. Próbuje poukładać się również, a może przede wszystkim, z wnętrzem własnego ciała już teraz za życia. Zagłębia się i bada, a nade wszystko wsłuchuje w jego odgłosy. „Pogrzebałabym raczej w tym, co się nam odbija, pod skórę wpełza i panoszy” ( Cel pal ) W wierszu Spadek napięcia zadaje pytanie „Co się tutaj dzieje, co jest we mnie grane?” i postanawia „Do środka wejść, z rusztowania żeber / pilnować rytmu i być naocznym / świadkiem wszystkich pęknięć” ( pogłos ). I chyba najbardziej chodzi w tych wierszach o owe pęknięcia, które w poetycki sposób próbuje diagnozować i nazywać.
     Ciało zajmuje w tych wierszach miejsce szczególne, jest domem, powłoką; wielowarstwowe i tajemnicze, a czasem wręcz autonomiczne, jak w wierszu obok. Dom w poetyce Mirki Szychowiak ma więc znaczenie wielorakie, jest miejscem specyficznego azylu, którego bezpieczeństwo jest nieustannie zagrożone, również, a kto wie czy nie najbardziej, od wewnątrz. Dom jest przestrzenią zagubienia.
     Jeszcze się tu pokręcę to w dużej mierze liryczne studium samotności, zawiedzionych nadziei, rozgoryczenia i egzystencjalnego lęku. To próba poetyckiego definiowania i oswajania strachu, jak np. w wierszu pt. koło, symbolu osaczenia, zapętlenia, w sytuacji, w której potencjalna ofiara, wbrew swej woli, ostatecznie może stać się katem. Rozpoznawalny język wierszy często służy oswajaniu grozy i absurdu rzeczywistości: „Święta Katastrofa, patronka czterołapych” ( dawca ),  „wszędzie grasują seryjne ofiary, wychodzą z bram pochylone, uległe jak biedne kurwiątka, których się nie posuwa”( koło ). Tak określona dykcja znosi płytką i miałką czułostkowość, której Mirka Szychowiak uprawiać nie ma zamiaru.
     Poetka unika też niebosiężnych rejestrów abstrakcji, bowiem język poetycki Jeszcze się tu pokręcę jest konkretny, zarówno w warstwie obrazowej jak i narracyjnej. Budowanie wierszy z elementów zgoła nie-poetyckich, momentami wprost kolokwialnych, to już rozpoznawalny znak firmowy poetki. Jednak taki żywiołowy, zmysłowy język, specyficzne flow, ta nieustanna jazda po bandzie wymaga nie tylko odwagi, ale też umiejętności, aby artystyczne piruety nie zakończyły się nie mniej efektownym upadkiem.
     W Uwagach o wysokim stylu Adam Zagajewski przestrzega: „W stylu niskim i dosadnym zdarza się nieraz… błąd trywialności. W stylu wysokim natomiast… błąd pretensjonalności. Pisarze posługujący się tymi językami, muszą pogodzić się z tym, ze będą musieli niekiedy popaść w pułapkę, jaką zastawia na nich sam styl”. Na szczęście autorka ma tego świadomość, nie ulega własnej retoryce i panuje nad językową ekspresją. Po wybuchowym, w sensie formy tomiku Człap story, poetka zaczyna wiersze coraz bardziej kondensować. Wiersz brudnopis może być odczytany jako wyraz świadomości tej pozornej łatwości pisania, bo „niepotrzebne bajki szyje się z metra”. Mirka Szychowiak na łatwiznę nie idzie, bo w przypadku tej dykcji konkret służy precyzji i klarowności sensu; nie tylko potrafi świetnie pisać, ale i skreślać.
     Zapisany z charakterystyczną wirtuozerią, a momentami wręcz brawurą, tomik poezji Jeszcze się tu pokręcę nie pozostawia cienia wątpliwości, poetka oddaje się w ręce czytelnika „gotowa / na każdą czystkę, najbardziej intymne / przeszukanie.” Więc zróbmy to delikatnie, z wyczuciem i uszanujmy intencję.
    
    

wtorek, 1 września 2015

Nie mówi się

Wyjdź z tej fabryki metafor i powiedz coś
po prostu, ty zimna suko; znów się schowałaś
w tych nierównych zwrotkach, namierzasz 

mnie jak snajper, ale tym razem zadrży ci ręka,
bo już wiesz, że to nie jest tylko twoja wojna.

Dzień przepłynął przez nią, pozacierał wszystkie
ślady, zostawił w spokoju, pozornie bezpieczną.
Jej się ta wojna na pewno nie opłaci, jeśli zostanie
coś żywego
czy potrafi zapomnieć o martwym?
 

Nie mówi się nikomu, jak ma umierać
i jak potem żyć.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Z kim, z czym

To, co połamane, już się zrasta.

Poszła seria, niebo wyrwała z zawiasów,
pociągnęła w dół i zgubiliśmy własną nazwę .

Ziemia wspięła się na palcach, wzięła mnie
na ręce. Zamykam oczy, słucham jak oddycha,
potem zasypiam na jej obrzeżach. Jest we mnie
żywe i to, co żyło jeszcze wczoraj; tylko tyle.

Mam sucho w ustach, język stanął w miejscu

– tak prozaicznie rozmnaża się strach i udaje
chorobę ciała. Mogę udawać zapalenie krtani
 


ale to za wysoka cena za ciszę, co przesuwa się
po nas jak podwójna tęcza. Chciałam być bliżej
niż mogłam, ale to wciąż było za daleko, słowa
umierały w drodze, te ocalone,
doszły chore.

Wtopiona w ciemność czekam na jakiś zamęt.
Zawirować, nie upaść. Znaleźć nam nowe imię.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Wiszę


Nie wchodzę w drogę tym, którzy są mi coś
winni. Krępuje mnie ich wstyd. Im dłużej to
trwa, tym bardziej mnie nienawidzą. Wreszcie
zapominam, żyję w miarę poczciwie, ale jestem
tylko kurewsko poczciwym wrogiem numer jeden.
 

Wypada się gdzieś schować, może zapomną,
że mają coś mojego. Święta Sklerozo, nie zostawiaj
mnie w biedzie, zstąp na ziemię, wymaż ten dług.

środa, 26 sierpnia 2015

Ewentualnie

Ciało nie mówi już tamtym językiem,
zacina się, jest nieczytelne. Może zejdzie
do podziemia, żeby przypomnieć sobie
początek alfabetu, kilka własnych liter?

Ciało się nawet siebie nie domyśla.

Porusza się na pamięć, niemrawo, pod prąd.
Jest głucho i niemo. W środku tylko echo
słabnie zmęczone, topi się we własnej krwi.

Niech coś mnie dotknie, mówię.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Nie nazwę, nie umiem

Powoli urywam się stąd

Coraz jaśniejsze oczy, zieleń poszarzała;
w tej cielistości trudniej znaleźć usta,
zaznaczyć kredką wyłapany kontur.

Jestem opuszczonym, wyziębionym domem,
nic się ścian nie trzyma, odpadają klamry,
strych pełen zagadek zmysiał i wyłysiał. 

Ptasie odchody przyschnięte do desek,
rozebrane gniazda,  bo ptaki odeszły.
Nie ma nawet czego pakować, rozdawać, 

wszystko gdzieś wyrwało, puściło, uciekło.

Gdzie jest schowane to, co mnie tu trzyma,
przykręca śrubki, dorzuca do pieca?
Taki podmuch na moje zmartwienia,
 

ludzki odruch.

piątek, 21 sierpnia 2015

Wkurw

Myślisz gościu, że ci odpuszczę? Jeszcze się nie
znamy, ale odbieram wyraźne sygnały, że masz
wszystko w dupie. W którym miejscu kończy się
w tobie człowiek, a zaczyna hodowane od lat
gówno? Utopisz kota, kopniesz gnoju psa,
odlejesz się w cudzej klatce. Mam na to patrzeć,
mam się bać? Sygnały idą od kilku dni, czas zacząć
palić te śmieci. Ja cię nie wyręczę, musiałabym
usunąć wszystko, wyspowiadać się ze wszystkiego,
potem cię pogrzebać. Nawet byś nie poczuł, że
cię nie ma, bo już dawno przestałeś czuć, że jesteś.

niedziela, 16 sierpnia 2015

W zaparte

Nadeptali, nanieśli błota, ktoś to kiedyś
posprząta, wymieni powietrze i będzie
udawane, że nigdy nikt tu nie mieszkał
i wszystko na mnie czeka. Z tyłu ledwo
żywe dni, z przodu natarczywa ciemność.

I wszędzie głęboko, ziemia ustępuje miejsca,
ale nigdzie się nie wybieram. Stawiam stopy
do środka, drobne oszustwo, niemoc i bezruch.

Pęknięte lustro przecięło mnie na pół, jesteśmy
dwie osobne, karmione krwią z jednego źródła.
Podział jest nierówny, moja nieparzystość
przeciągnęła na swoją stronę wszystko, co oddycha,
rozrasta się i tętni. Reszta jak po udarze, skrzywiona
i niema. Chce coś powiedzieć, wypluć albo skłamać,

że się już nie boi.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Cząstki




W wydychanym powietrzu sporo zapomnianych
zapachów; próbuję skojarzyć je z mężczyznami,
których kiedyś skosztowałam. Drobne incydenty,
i taka stęchlizna, że trzeba otworzyć głowę,
przewietrzyć spokój i skasować te marne filmy.

Już nie jestem taka wredna, jak kiedyś, to mnie
nawet wzrusza. Myślę o sobie z czułością, bo
nikt inny tego za mnie nie zrobi. Ja i ja. Związek
jak wszystko – nietrwały, ale jedyny, na jaki
mnie stać. Bezpański, głuchoniemy, prawie ślepy.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Porosłam



Skopana, wygładzona grzbietem
dłoni, czekam na wszystko
z czego wyrośnie głód.

Wysypisko kamieni
pole niczyje.
Ani razu nie byłam tu matką, choć
każdego dnia coś przychodzi na świat.

Z odciętym pędem można się tylko
tułać, ze sobą na karku – z kamieniem,
który nie umie się ze mnie wykruszyć.